ROZWIĄZANIE ZAGADKI NALEŻY PRZYWIEŹĆ ZE SOBĄ NA RAJD!

 

Słońce już prawie dotykało koron drzew zwiastując bliski koniec dnia, gdy w drzwi chaty ktoś zastukał. Nie za mocno, nie za słabo, tak akurat w sam raz…

Gospodarz otworzył drzwi, za progiem stał jakiś lekko obdarty dziad, no może nie dziad tak całkiem, ale jeszcze z dwadzieścia-trzydzieści lat i spokojnie osobnika tego można będzie nazwać dziadem.

– W czym mogę ci pomóc, wędrowcze?

– Wybaczcie gospodarzu najście, ale zmrok już wnet a moja droga przez las. Nie chciałbym by mnie zastała w środku boru, gdzie zapewne zwierz drapieżny czyha. Widzę, że jesteście tu ostatnią chałupą przed lasem… Czy znalazłby się jak kąt, a choćby i tylko kawałek dachu by do świtu przeczekać?

– Do świtu powiadacie… Do świtu tu będzie spokojnie… Możecie spokojnie odpocząć. Ale, ale… Wejdźcie, przy ogniu znajdzie się miejsce. Wybaczcie, że nie mam nic czym mógłbym wa ugościć, mam tylko napar ziołowy tam, w saganku, jeśliście spragnieni częstujcie się…

– Dziwne rzeczy mówicie, gospodarzu, a cóż to ma się poza świtem stać?

– A przyjdzie tu dziewięciu wojów tego chujka Grodzidrania, zażądają śniadania, a że w domu nie mam nic to najpierw spuszczą mi łomot a potem z chałupy wyciepią…

– Taka bieda? Jakże to…

– Jestem jeszcze, zapewne do jutra, zarządcą lasów książęcych będących pod zarządem tego chujka Grodzidrania i to on powinien mi pensum wypłacać i byt za ciężką pracę w imieniu księcia zapewnić. Ale zaparł się obsadzić tu jakiegoś pociota ze swojego dworu i szuka sposobności by mnie wbrew umowom od lat zawartych ze służby oddalić i pognębić… Dodatkowo jeszcze na moją niewiastę, Dobrzymichę nastawał a że mu odpór dała, to jeszcze bardziej się rozsierdził. Wymyślił sobie, że w ramach świadczeń mam przez cały miesiączek karmić śniadaniem jego dziewięciu wojów, albo iść precz. A czymże ja ich mam karmić, grzybami, żołędziami i jagodami? Sam je zjadam i nie narzekam, ale tamci zapewne wykwintniejszych dań wymagać będą… Niewiastę więc do z całym dobytkiem do rodziny odesłałem, dobrzy ludzie to są szczęśliwie, a sam losu swego czekam… A w chałupie nic nie ma, więc nawet skibką was poczęstować nie mogę, choć zawsze to nakazuje zwyczaj, by wędrowca ugościć…

– E… Nie martwcie się gospodarzu, może ja co zaradzę. – Odparł przybysz i począł rozsupływać węzełek który nagle jakby znalazł mu się w rękach, choć gospodarz dałby sobie ogon przyszyć, że jak wędrowiec wchodził to nie miał go ze sobą…

Z węzełka wydobył się całkiem spory podpłomyk, nawet dwa… Gomółka sera suto posypana czarnuszką, boczek dymiony jałowcem, a nawet spory całkiem butel z palonej gliny pełny po brzeg bursztynowym miodem…

I jakoś tak dziwnie, że gospodarz nawet nie pomiarkował, że już stół był zastawiony a węzełek jakiś taki za duży nie był…

Gospodarz aż klasnął, jakieś skopki wydobył, kubki gliniane i nóż do krojenia.

– Zaprawdę królewska to uczta wędrowcze, nie mógłbym chyba nic wspanialszego na stół postawić…. Ale czekaj, bo przecież jak ty dzielisz się ze mną, tak i ja na pamięć bóstwa Rzygsława muszę podzielić się z duszkami, nimfami a choćby i z szarą myszą… Tak tradycja każe…

I mówiąc to odłamał po okruchu każdego dania, nałożył na miskę i za próg wystawił. I nawet błysku w oku przybysza nie zobaczył…

Pojedli… Popili… Nie za mało, nie za dużo, tak akurat w sam raz…

Siedząc syci przy ogniu gaworzyli różnymi historiami, gospodarz o lesie opowiadał, o drzewach i zwierzętach, wędrowiec o innych krainach i grodach… A że sen ich już morzył, ułożyli się na ławach i posnęli.

Obudził ich poranny hałas ptactwa.

Wędrowiec wyszedł z chaty, gospodarz za nim, by go pożegnać na dalszą drogę.

– Nie martwcie się gospodarzu. Będę niedługo u Księcia i o twoim losie mu opowiem, na pewno, jak powiadacie tego chujka Grodzidrania powstrzyma…

– Ba, za dobre chęci dziękuję, ale do stolicznego grodu kilka dni marszu, a pachołki niedługo już tu przylezą…

– I na to się poradzi…

Przybysz zaglądnął do swojego węzełka pomamrotał coś, coś w nim pogmerał… Wręczył gospodarzowi i objaśnił.

– Ten węzełek wam zostawię. Ma on taką zaletę, że co rano wyjmiecie z niego produkty na śniadanie dla dziesięciu chłopa. Dziewięć dacie wojom, dziesiąte będzie dla was, a wierzę, że tradycję ceniąc podzielicie się z innymi, jak podpowiada, jak mu tam…

– Rzygsław, bóstwo obfitości i dobrego biesiadowania…

– No właśnie… Bądźcie zdrowi gospodarzu…

– Panie… Wędrowcze… Nie wiem jak mam wam dziękować… To wszystko jakieś takie…

Przybysz zaśmiał się i poklepał oniemiałego gospodarza po plecach.

– Nie myślcie o tym… Może jak będę wracał, zajdę do was za jakiś czas… Opowiecie mi znowu o drzewach…

I ruszył w swoją drogę…

A co było dalej?

Wojowie suto karmieni wybornym jadłem zaczęli uskarżać się na nędzne posiłki w grodzie, na których chytry Grodzidrań oczywiście oszczędzał… A że to doszło do jego uszu, to oczywiście wysłał swoich szpiegów którzy podejrzeli jak Gospodarz z węzełka serwuje jadło… Sam Grodzidrań samojeden do chaty się wdarł i węzełek zrozpaczonemu gospodarzowi zabrał.

Rankiem następnego dnia, wyjął z niego produkty i sam raczyć się zaczął i gości swoich częstował.

Ale…

Że tradycji nie dochował i Rzygsława nie wspomniał, jadło psikus sprawiło… Goście, a i sam Grodzidrań dostali takiej sraczki, że żadne ziółka nie pomagały, stodółek już brakowało za którymi można było bezpiecznie przykucnąć, a i goście jego zaczęli się burzyć, że ich podtruto… A kiedy już miał Grodzidrań rozkaz wydać by mu gospodarza spod lasu ktorego za ten obrót spraw obwinić chciał przywlec do lochu, za każdym razem znowu ataków dostawał…

Kiedy już nieco wydobrzał, przybył posłaniec z grodu stolicznego z samego Księcia nadaniem. Nakazał on, ży gaje i bory które są Księcia własnością od chwili obecnej, odbiera z zarządu Grodzidrania a pod zarząd dotychczasowego strażnika przekazuje, któremu to nadaje Książe tytuł Gajowego, który to jego syn może przejąć, a od niego syn syna.

Cóż było robić, wola Księcia najwyższa jest więc Grodzidrań zęby zacisnął… Bo i tak było, że gdy tylko coś pomyślał by jakąś zemstę na Gajowym uczynić, to mu się w brzuchu bulgot odzywał… I to wystarczało by wszelkich złych myśli poniechiwał…. Nazywano to Zemstą Rzygsława…

Gajowy węzełek odzyskał, czasem coś z niego wyjmował, ale tylko czasem i nie za mało, nie za dużo tak w sam raz.

I ja u niego bywałem, spyży próbowałem.

A jeden kmiotek zmałpował to co wam opowiadałem, pozmieniał, zapisał w baśniach jako swoje, tytułem opatrzył i jeszcze na tym dukaty i talary zarobił bo do dziś ta historia znana jest jako jego…